#zaswoje śmierdzi bardziej niż sponsorowane akcje na Instagramie.

Te przynajmniej są jawne. Partnership with Nutella – zdjęcie mordy ociekającej czekoladą albo naleśników z bananem. Dla mnie to połączenie to wymiot, ale innym smakuje. Kochał je ponoć Elvis Presley.

Dlaczego się czepiam?

Bo w dzisiejszym świecie, szczególnie wirtualnym – nic nie ma #zaswoje. Wszystko jest barterem. Sorry, ale nie wierzę w to, że setna para spodni czy tam bluzy z tagiem #zaswoje to nie układ. Masz znane nazwisko i ponad 100 tysięcy obserwatorów? To masz albo za darmo albo z mega zniżką. Przyznaj się do tego, to nie boli. Hipokryzja zaś tak. I zostawia na Tobie odcisk. Mutację kości. Haluksy zakłamania.

Niektórym się wydaje, że są niewidoczni w dzisiejszym internetowym świecie. Kpią z niego, niby #heheszki, ale jednak lajki lubią jak w porno obfite wytryski. “Nie lubię selfie”. I seria jak z karabinu maszynowego. Wypstrykany cały magazynek. Może coś z tego kalejdoskopu skrzywień matrycy twarzy się spodoba. Gęba wyginana profesjonalnie pod światło oby ino wydobyć z niej jakiekolwiek klikalne piękno. Pod zdjęciem oczywiście tagi Świętego Mikołaja. Aka Sponsora. To prawie układ jak z www.seekingarrangement.com. Sugar daddy bez prowizji i podatku.  

Myślę, ile razy się puściłem za gifty. Ktoś powiedział kiedyś, że to nie kurewstwo, jeśli robisz to za darmo. No to ja się puszczam przyzwoicie. Nie mam żadnych układów sponsorowanych. Promuję swoich znajomych i przyjaciół. W zamian mam ich wdzięczność. Czasami, ktoś wysyła mi swoją książkę i pyta, czy napiszę recenzję. No i ja rzucam ceną i wtedy już nie ma przyjaźni, bo przecież za mój czas spędzony nad lekturą, a potem nad pisaniem recenzji nie trzeba płacić. Dostałem książkę to powinienem szczerzyc szuflady i się cieszyć. Rozumiem to, bo sam wiele razy prosiłem kogoś o “za darmo”. Winny. Hipokryta.

Bo czy każdy z nas nie jest trochę hipokrytą?

Dostałem od kogoś portki za darmo, napisałem tekst, nie musiałem płacić. Dostałem kurtkę – wszystko w barterze uprzejmości. Tak dzisiaj działa świat. Jest jednym wielkim postem sponsorowanym. Jeśli ktoś udostępnia mój post, wulgarny i odważny to tylko dlatego, że w ten sposób mówi moimi palcami, to co sam myśli, ale boi się napisać. Proste. Tak to działa. Ten felieton to też układ biznesowy. Pięć stów za wysyp myśli. Wypstrykanie się z mądrości. Voila. Sponsored partnership. Menelsko ekskluzywna umowa na jeden tekst w miesiącu na zadany temat.

Jako dziennikarz dostawałem zlecenia na ludzi. Środowisko medialne jest jak orgia. Każdy każdemu. Od przodu, tyłu, na raz, na dwa, klaskanie bioder o pośladki jak w piosenkach o miłości Rubika. Jako pierwszy ujawniłem machlojki pewnego projektanta. Dzwoni do mnie jego przyjaciółka. Pozują razem na Instagramie, dzień wcześniej. “Stary, ale go dojechałeś, nareszcie ktoś”. Na drugi dzień znowu jest razem z nim. Tym razem studiują dzióbeczki. Filtr z wiankiem na głowie. Rozjaśniona twarz, ale zachowana ciemność umysłu.

Innym razem dzwoni znany naczelny pewnego magazynu. Ej, Fetysz, ten i tamten zrobił to i to – wysyła mi wszystkie screeny prywatnych wiadomości – napiszesz o tym? Nie. Ale dlaczego – pyta oburzony – przecież to Twoja działka! Sorry, to nie mój interes pisać o Twoich znajomych i wystawiać się do bicia. Nie jestem chłopcem do bicia. Tez mam swoja publiczność, nie muszę się ciągle za kogoś i dla kogoś wypinać, bo piszę o podobnych rozgrywkach na co dzien. To żaden mój obowiązek. 

Przyjaźniłem się z pewną piosenkarką. Nie znosiła Dody. Myślałem, że to przyjaźń na życie – w momencie, kiedy się z nią nie zgodziłem, ba, w momencie, kiedy opublikowałem klip tej wyżej wymienionej z pytaniem do znajomych, jak się podoba, zostałem wyzwany od najgorszych i wszędzie zablokowany. Koniec przyjaźni. Złamałem zasadę “lojalności”. Albo po mojemu albo wara.

No to wole wara niż nie mieć możliwości wyrażania swojego zdania, nie tylko jako przyjaciel, ale przede wszystkim felietonista. Potem wydzwaniała do wspólnych znajomych i opowiadała, że to ona mnie stworzyła, napisała moją książkę, w ogóle, gdyby nie ona, to ja bym nie istniał, bo to ona opowiadała mi o polskim show biznesie. Tak, opowiadała swoje prywatne historie. Szkoda jednak, że nie przeczytała “Obudziłem się trochę podły”, zanim zaczęła opowiadać te herezje. Ale to właśnie show biznes. Nie masz własnych sukcesów to podczep się pod cudzy. 

Najgorsze w show biznesie są małżeństwa. Bo tam jest barter przysięgi. W chorobie, w orgazmie, w codzienności. I nie opuszczę Cię aż do śmierci. Wspólny budżet, wspólne życie, więc opcja na oklep – niby bezpieczna – pracujemy razem, tworzymy razem, wspieramy się. Ale z tego konia bardzo szybko można spaść. I wtedy sypie się pozycie, dom, wspólne kredyty. Dla bezpieczeństwa, klepie się zatem po plecach nawet jak wypuszcza się jakiś bełt podpisany wspólnym nazwiskiem. Na dobre i na złe. I jak spada fala krytyki to domowy parasol ochronny trzymany obiema rączkami – to nie my – to publika jest tępa. To publika jest niekumata, bo przecież my serwujemy sztukę. Zero samokrytyki. Małżeńska hipokryzja, oby nie mieć w domu pobitych garów. I albo jedno, albo drugie trzymane jest pod pantoflem pod tytułem artystycznego kompromisu.   

Mam na koncie parę wpadek.

Fetysz Hipokryta Epizod 1.

Pewna piosenkarka wysyła mi cover piosenki. Jej angielski brzmi jakby była na bani. Ja też piję wino, więc odpisuję, Boże, ale pięknie. Na tym winiaczu naprawdę mi się podobało. Zwracam jednak uwagę na akcent i mówię wprost: tu jest źle, tu powinnaś brzmieć inaczej, tego nie ma w oryginalnym tekście, nie wiem co tam śpiewasz. Nie dociera. Oburzenie. “Ja nie jestem amerykanką, będę zawsze śpiewać z akcentem”. A śpiewaj se nawet operowo i po kambodżańsku, ale tekstu nie zmieniaj.

Fetysz Hipokryta Epizod 2.

Dostaję kurtkę z czyjejś kolekcji. Jest piękna, ale reszta kolekcji mega słaba. No i siedzę na pokazie w pierwszym rzędzie. I teraz co zrobić? Pisać po kumpelsku, że super czy zjebać? Napisałem tak, że wyszło na zero. Fetysz bez opinii. Nigdy więcej nie powtórzyłem tego błędu.

Fetysz Hipokryta Finał.

W zeszłym roku zadzwoniono do mnie z produkcji pewnego programu w TV. Z polecenia. Osoba pracująca w programie stwierdziła, że byłbym doskonałym dodatkiem do istniejącej już ekipy. I wtedy ja, zarzekający się, że o Boże, do telewizji to nigdy, natychmiast się przeobraziłem makijażem w coś w miarę strawnego i nagrałem taśmę na casting. Nie dostałem tej roboty, bo w końcu chyba nikogo nowego nie zatrudnili, ale dało mi to do myślenia. Po co nagrywałem, skoro bym nie wystąpił? Bo ja naprawdę nie nadaje się do telewizji i mam więcej kompleksów niż satelita kanałów. A czy gdybym jednak wystąpił to byłbym hipokrytą, czy może bohaterem, który przemógł swoje lęki? Bo żeby się pokazać w TV to trzeba mieć naprawdę jakieś nierdzewne jaja. Nie wiem, czy zniósłbym ogólnopolski hejt. Bo ja jestem miękki w te klocki i nie nadaje się do ogólnodostępnego showbizu. Lubię swoją piwnicę. Czasami się z niej wychyle i teraz już śmieję się w głos jak czytam komentarze na swój temat. Fetysz The Ninja Turtle. Obrosłem w pancerz. Ale rozważałem to. Dzięki Niebiosom, podjęli decyzję za mnie i nie zaprosili do współpracy mimo naprawdę wielce pochwalnych wiadomości. Prawie że psalmów. 

Czy my jako ludzie nie jesteśmy wszyscy po trochu hipokrytami?

Z jednej strony wymagania jak magiczne sztuczki Czarodziejki z Księżyca, z drugiej plugawi blokersi. Na portalach randkowych zawsze dziewica, ale jak idziesz na randkę i wejdzie Ci wódka to od razu ściągasz majtki, szybciej niż Harry Potter wypowiada zaklęcia. Sąsiad podjeżdża nowym BMW pod chatę, a Ty, Jezu stary, ale zajebiście, a za plecami – pewnie z przekrętu albo “dzwoń po chłopaków, stara, niech mu zaje$%!”.

Raz z przekrętu dostałem się na olimpiadę z angielskiego. Znałem wcześniej pytania. A w szkole katolickiej ponoć i nauczyciele, i uczniowie powinni być uczciwi.

Na koniec magiczna sztuczka roku. Jeśli starasz się o nowa prace albo o awans – nie opowiadaj o tym publicznie. Milczenie owiec, jeśli coś w życiu planujesz. Bo jeśli o tym opowiesz, to Ci się nie uda. Pod postem miliony lajków, ale za plecami: Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola moja, nie dawaj mu tego awansu, amen. I do łóżeczka, paciorek odmówiony.  

Tekst: Bartek Fetysz

Kiedy kobieta pisze, “zostałam wykorzystana” – mężczyzna – natychmiast, bez wyroku zostaje oskarżony. Gwałciciel. Zboczeniec. Koniec. Kropka. KO. Kiedy facet mówi, “zostałem wykorzystany” – zostaje obiektem kpin. Męska cipa. Bo przecież to faceci wykorzystują, to oni są zboczeńcami, alimenciarzami, playboyami, starymi knurami z obwisłymi fiutami.

Czytaj dalej “Bartek Fetysz: Zupa z faceta”

Te trzy książki to “kamienie milowe” w moim postrzeganiu siebie, jako faceta. Pozwoliły mi stanąć stabilnie na nogach i odnaleźć się w czasach, w których od mężczyzn wymaga się z pozoru sprzecznych ról. 

Czytaj dalej “Książki, które przeczytać powinien każdy mężczyzna. I kobieta!”

#ihaveadream

Zawsze marzyłem, aby móc „mówić” muzyką.
Właśnie zrealizowaniem swoje marzenie. Posłuchaj jak mi wyszło.

Więcej