Jak podejść do tematu kawy na blogu związanym z męskim stylem?

Takie pytanie pojawiło się u mnie przed nawiązaniem współpracy z marką, która jest partnerem dzisiejszego postu.

Kiedy marka De’Longhi napisała do nas z propozycją wspólnych działań, od samego początku zacząłem się zastanawiać jak właściwie osadzić temat kawy na blogu poniekąd lifestylowym, ale jednak osadzonym w męskim stylu.

Okazało się, że powiązanie jest bliżej niż mogłoby się wydawać.

W pewnym wieku kawa i wszystko co z kawą związane ewidentnie łączy się ze stylem.

Nie ma co się ukrywać do momentu nawiązania wspólnych działań moim głównym patentem na picie kawy było po prostu zalewanie jej wrzątkiem. Z drobnym wyjątkami na inną formę jej podawania, ale jednak „splujka” świeciła tryumfy.

Głównie dlatego, że najlepiej „kopała”. Co rankiem jest kluczowe.

Pojawiają się, co prawda głosy mówiące, że przy dłuższym (nałogowym) piciu kawy jej moc pobudzająca jest raczej słaba.

Mnie jednak kopie i nie umiałbym funkcjonować bez przynajmniej jednej „małej czarnej” dziennie.

No właśnie „mała czarna”.

O tym, że tylko krowa nie zmienia zdania przekonałem się również przy tak prozaicznym temacie jak rodzaj kawy.

Przed poznaniem ekspresu na kawy mleczne patrzyłem trochę przez pryzmat hipstera z sojowym latte. Nie to, że mam coś do hipsterów. Sam w jakimś procencie nim jestem (jestem?)

Jednak nigdy nie byłem wielkim fanem połączenia mleka i kawy. „Czarna smoła” z fusami między zębami i można wychodzić do ludzi. Już bez fusów w ustach oczywiście.

No ale mieć ekspres i nie wypróbować jak spienia mleko, to jak nie mieć ekspresu.

I się zaczęło. Najpierw od rodzaju mleka. Szybka runda do spożywczaka.

– Poproszę mleko.

– Jakie?

– Każde!

Garba nie dostałem ale uświadomiłem sobie jak luksusowe mamy obecnie czasy. Pod katem mleka oczywiście. 7 rodzajów! A i to podobno nie wszystkie.

No i lecimy.

Kawka z owsianym. Kawka z kokosowym. Z bez laktozy. Z 2%. Z migdałów (notabene pieni się najlepiej w mojej ocenie), itd.

Po czarnej „splujce” został już tylko młynek. Null. Zero. Czarne to ja teraz pije espresso zamiennie z doppio+. A zaraz potem flat white. Dwa flat white’y.

To z czego najbardziej się ciesze to o ironio oszczędność. Od momentu przybicia sztamy z moim ekspresem przestałem kupować kawę „na mieście”. Kubek wielokrotnego użytku. Dwa przyciski i “pyk” oszczędność w portfelu.

Trzymając się jednak badań mówiących o tym, że ludzie wolą czytać krótsze teksty, a zamiast tego wolą oglądać video, zobacz co stworzyliśmy razem z zespolem De’Longhi.

Poznasz tam jeszcze bliższej na czym polega frajda z posiadania ekspresu automatycznego.

Materiał powstał przy współpracy z marką De’Longhi.

Kilka dni temu udostępniłem na swoim FB post pewnego kolesia (KLIK).

Szczerze mówiąc, do teraz nie wiem za bardzo kim on jest, ale nie jest to „clue”, ani jego postu, ani tego co tutaj napiszę.

Wspomniany post, w mojej ocenie miał być zachętą, aby dać sobie prawo, by mieć wątpliwości. Mieć te wątpliwości w wielu aspektach. Stać po jednej stronie barykady, ale jednocześnie nie podążać za wszystkim na ślepo. Dawać sobie prawo do zadawania pytań. Wątpić i nawet nie zgadzać się w jakiejś rozciągłości, pamiętając o tym, że tylko krowa nie zmienia zdania.

Bynajmniej ja tak mam, że zdarza mi się zmieniać zdanie – choć mam wrażenie, że przez ten fakt wielu jakby mogło, wbiłoby mi nóż w plecy.

„Musisz być zero – jedynkowy. Albo jesteś z nami albo przeciwko nam.

Czarne albo białe. Wybieraj! Nic poza tymi barwami.” – Ludzie, naprawdę?!

Mi też się tak swego czasu wydawało, że świat jest biało – czarny.

Żadnych kolorów, żadnej szarości. Przez wiele lat podchodziłem w ten sposób do życia i innych.

Ludzi dzieliłem na dwa obozy. Tych co są w #TeamMenel i na tych, co są przeciwko.

Jaka to do cholery była ignorancja, doprowadzająca mnie na skraj załamania nerwowego (jako jeden z czynników – przyp. Menela)

Wychodząc do ludzi w swojej bańce, zderzałem się z rzeczywistością świata.

Świata, w którym poza czernią i bielą, są także i odcienie szarości, a trzymając się popularnej ostatnio tęczy, głupotą byłoby niezauważanie mnogości barw na niej się znajdujących. Nie tylko będąc w teamie #JestemLGBT.

Egoistycznie, jak beton, uznawałem że ich nie ma. Były, a ja ich nie widziałem. A właściwie nie chciałem widzieć. I tak mijał rok, za rokiem, a moja frustracja rosła wprost proporcjonalnie do metryki.

Doszliśmy obecnie do zjebanych czasów.

Przepraszam każdego, kogo urazi mój wulgarny język, ale uwalnia to wiele w klepach mojej mózgownicy.

Przez dłuższy czas w naszym społeczeństwie mieliśmy „lewych” i „prawych”. Obecnie na wokandę wyciągnięte zostało słowo „symetrysta”, „szarak”, ten co nie ma kręgosłupa.

Oczywiście, zapewne i tacy się w społeczeństwie pojawiają. Ale na miłość Boską! Czy nam się wszystkim sufit na łeb spierdolił? Czy dzisiaj naprawdę jedyną słuszną racją jest stanie po jednej albo drugiej stronie barykady? Czy dzisiaj nie można wspierać „swoich”, jednocześnie mając wątpliwości, czy wszystkie ich zachowania i postulaty są tymi, pod którymi sam chcę się podpisać? Czy nie można pozwolić sobie na myśli: „mam pewne wątpliwości”, „nie do końca się z tym zgadzam”?

W końcu jesteśmy „homo sapiens” – ludźmi rozumnymi, myślącymi, prawda?

Pójdę w przykład:

Jestem osoba wierzącą. Idąc tym trybem chciałbym aby każdy dostąpił łaski poznania kim jest żywy Bóg i na czym polega fenomen Jego jestestwa.

I teraz pytanie: czy w związku z tym mam biegać po ulicach i nawalać ludzi Biblią po głowach, tylko po to, aby dać do zrozumienia, że powinni uwierzyć?

Ktoś zapewne powie „tak”. W mojej ocenie – raczej nie!

Do tej pory w pamięci mam wariatów stojących na warszawskiej „patelni”, straszących Bogiem jak za dzieciaka straszono nas potworami z bajek. Przecież nie o to w tym chodzi.

Swoją drogą, większe grono moich znajomych nie wierzy. Bliżej mi zawsze było do tych „bezbożnych”. Podkładając się „bogobojnym” pod ich ostracyzm. No bo co to za wierzący trzymający sztamę „ze światem”.

Tego pokroju wierzący, jakoś tak się składa, często gubią grunt pod nogami i w przypływie swoich emocjonalnych uniesień, modlitwy o złoty pył – gubią podstawę chrześcijaństwa, która sprowadza się do: „miłości bliźniego jak siebie samego.”

Doszliśmy do momentu, gdzie co raz częściej w tym haśle powyżej wywalone zostało słowo „bliźniego”

Tym samym zbliżyliśmy się do wspólnego mianownika dla obu stron. Miłości samego siebie. Egoizmu.

I jedni i drudzy tak bardzo kochają siebie samych, że za nic w świecie nie chcą dopuścić  możliwości, że ilu ludzi, tyle spojrzeń.

“Ni chu&@#a! Masz być albo ze mną w 100% albo jesteś w 100% przeciwko mnie!

Kur#%! ale dlaczego?”

Dlaczego nie mogę wierzyć, i jednocześnie nie zgadzać się ze wszystkim, co związane z wiarą?

Dlaczego muszę tolerować każdy aspekt Twoich poglądów, nie dając sobie prawa w jakiś kwestiach myśleć inaczej, jednocześnie będąc dla Ciebie dobrym człowiekiem, nie robiącym Tobie krzywdy, szanującym Cię jako osobną jednostkę. Przecież na tym polega właśnie tak głośno wykrzykiwana przez nas „TOLERANCJA”, która w praktyce jak się okazuje jest rozumiana subiektywnie, zapominając, że jest ona akceptacją odmienności i poglądów.

Dlaczego jeżeli zadaje pytanie „ale?” – to od razu masz mnie za tego, który zapewne stoi po stronie tych z przeciwległego obozu i wszystkiego tego, co dla ciebie uznawane jest za opozycyjne do Twojego punktu widzenia?

„Zjebało się” coś, Moi Drodzy.

Być może to tylko moje bagienko wywaliło tak, ze się duszę w nim niemiłosiernie. Ale jako, że jakiś czas temu odkryłem, że poza czernią i bielą są też inne kolory, to chce dawać innym i sobie prawo podążania za własnym sumieniem.

Nawet jeżeli ma być to kosztem tego, że moja droga z jedną czy drugą osobą rozejdzie się i być może nigdy się nie zejdzie. Jeszcze raz o tym wspomnę. To właśnie dla mnie jest tolerancja. Najtrudniejsza w egzekucji u samego siebie.

PS. Wszystkie wycieczki nawiązujące do wspomnianego na samym początku postu na FB, uwieszone na hasłach „czyli popierasz agresję” otaczam kurtyną ciszy. Nigdy, nie byłem i nie będę stał po stronie siły argumentów w postaci pięści przystawionej do nosa, tak w ujęciu fizycznym jak i psychicznym. 

Fot.: Piotr Kuc

#zaswoje śmierdzi bardziej niż sponsorowane akcje na Instagramie.

Te przynajmniej są jawne. Partnership with Nutella – zdjęcie mordy ociekającej czekoladą albo naleśników z bananem. Dla mnie to połączenie to wymiot, ale innym smakuje. Kochał je ponoć Elvis Presley.

Dlaczego się czepiam?

Bo w dzisiejszym świecie, szczególnie wirtualnym – nic nie ma #zaswoje. Wszystko jest barterem. Sorry, ale nie wierzę w to, że setna para spodni czy tam bluzy z tagiem #zaswoje to nie układ. Masz znane nazwisko i ponad 100 tysięcy obserwatorów? To masz albo za darmo albo z mega zniżką. Przyznaj się do tego, to nie boli. Hipokryzja zaś tak. I zostawia na Tobie odcisk. Mutację kości. Haluksy zakłamania.

Niektórym się wydaje, że są niewidoczni w dzisiejszym internetowym świecie. Kpią z niego, niby #heheszki, ale jednak lajki lubią jak w porno obfite wytryski. “Nie lubię selfie”. I seria jak z karabinu maszynowego. Wypstrykany cały magazynek. Może coś z tego kalejdoskopu skrzywień matrycy twarzy się spodoba. Gęba wyginana profesjonalnie pod światło oby ino wydobyć z niej jakiekolwiek klikalne piękno. Pod zdjęciem oczywiście tagi Świętego Mikołaja. Aka Sponsora. To prawie układ jak z www.seekingarrangement.com. Sugar daddy bez prowizji i podatku.  

Myślę, ile razy się puściłem za gifty. Ktoś powiedział kiedyś, że to nie kurewstwo, jeśli robisz to za darmo. No to ja się puszczam przyzwoicie. Nie mam żadnych układów sponsorowanych. Promuję swoich znajomych i przyjaciół. W zamian mam ich wdzięczność. Czasami, ktoś wysyła mi swoją książkę i pyta, czy napiszę recenzję. No i ja rzucam ceną i wtedy już nie ma przyjaźni, bo przecież za mój czas spędzony nad lekturą, a potem nad pisaniem recenzji nie trzeba płacić. Dostałem książkę to powinienem szczerzyc szuflady i się cieszyć. Rozumiem to, bo sam wiele razy prosiłem kogoś o “za darmo”. Winny. Hipokryta.

Bo czy każdy z nas nie jest trochę hipokrytą?

Dostałem od kogoś portki za darmo, napisałem tekst, nie musiałem płacić. Dostałem kurtkę – wszystko w barterze uprzejmości. Tak dzisiaj działa świat. Jest jednym wielkim postem sponsorowanym. Jeśli ktoś udostępnia mój post, wulgarny i odważny to tylko dlatego, że w ten sposób mówi moimi palcami, to co sam myśli, ale boi się napisać. Proste. Tak to działa. Ten felieton to też układ biznesowy. Pięć stów za wysyp myśli. Wypstrykanie się z mądrości. Voila. Sponsored partnership. Menelsko ekskluzywna umowa na jeden tekst w miesiącu na zadany temat.

Jako dziennikarz dostawałem zlecenia na ludzi. Środowisko medialne jest jak orgia. Każdy każdemu. Od przodu, tyłu, na raz, na dwa, klaskanie bioder o pośladki jak w piosenkach o miłości Rubika. Jako pierwszy ujawniłem machlojki pewnego projektanta. Dzwoni do mnie jego przyjaciółka. Pozują razem na Instagramie, dzień wcześniej. “Stary, ale go dojechałeś, nareszcie ktoś”. Na drugi dzień znowu jest razem z nim. Tym razem studiują dzióbeczki. Filtr z wiankiem na głowie. Rozjaśniona twarz, ale zachowana ciemność umysłu.

Innym razem dzwoni znany naczelny pewnego magazynu. Ej, Fetysz, ten i tamten zrobił to i to – wysyła mi wszystkie screeny prywatnych wiadomości – napiszesz o tym? Nie. Ale dlaczego – pyta oburzony – przecież to Twoja działka! Sorry, to nie mój interes pisać o Twoich znajomych i wystawiać się do bicia. Nie jestem chłopcem do bicia. Tez mam swoja publiczność, nie muszę się ciągle za kogoś i dla kogoś wypinać, bo piszę o podobnych rozgrywkach na co dzien. To żaden mój obowiązek. 

Przyjaźniłem się z pewną piosenkarką. Nie znosiła Dody. Myślałem, że to przyjaźń na życie – w momencie, kiedy się z nią nie zgodziłem, ba, w momencie, kiedy opublikowałem klip tej wyżej wymienionej z pytaniem do znajomych, jak się podoba, zostałem wyzwany od najgorszych i wszędzie zablokowany. Koniec przyjaźni. Złamałem zasadę “lojalności”. Albo po mojemu albo wara.

No to wole wara niż nie mieć możliwości wyrażania swojego zdania, nie tylko jako przyjaciel, ale przede wszystkim felietonista. Potem wydzwaniała do wspólnych znajomych i opowiadała, że to ona mnie stworzyła, napisała moją książkę, w ogóle, gdyby nie ona, to ja bym nie istniał, bo to ona opowiadała mi o polskim show biznesie. Tak, opowiadała swoje prywatne historie. Szkoda jednak, że nie przeczytała “Obudziłem się trochę podły”, zanim zaczęła opowiadać te herezje. Ale to właśnie show biznes. Nie masz własnych sukcesów to podczep się pod cudzy. 

Najgorsze w show biznesie są małżeństwa. Bo tam jest barter przysięgi. W chorobie, w orgazmie, w codzienności. I nie opuszczę Cię aż do śmierci. Wspólny budżet, wspólne życie, więc opcja na oklep – niby bezpieczna – pracujemy razem, tworzymy razem, wspieramy się. Ale z tego konia bardzo szybko można spaść. I wtedy sypie się pozycie, dom, wspólne kredyty. Dla bezpieczeństwa, klepie się zatem po plecach nawet jak wypuszcza się jakiś bełt podpisany wspólnym nazwiskiem. Na dobre i na złe. I jak spada fala krytyki to domowy parasol ochronny trzymany obiema rączkami – to nie my – to publika jest tępa. To publika jest niekumata, bo przecież my serwujemy sztukę. Zero samokrytyki. Małżeńska hipokryzja, oby nie mieć w domu pobitych garów. I albo jedno, albo drugie trzymane jest pod pantoflem pod tytułem artystycznego kompromisu.   

Mam na koncie parę wpadek.

Fetysz Hipokryta Epizod 1.

Pewna piosenkarka wysyła mi cover piosenki. Jej angielski brzmi jakby była na bani. Ja też piję wino, więc odpisuję, Boże, ale pięknie. Na tym winiaczu naprawdę mi się podobało. Zwracam jednak uwagę na akcent i mówię wprost: tu jest źle, tu powinnaś brzmieć inaczej, tego nie ma w oryginalnym tekście, nie wiem co tam śpiewasz. Nie dociera. Oburzenie. “Ja nie jestem amerykanką, będę zawsze śpiewać z akcentem”. A śpiewaj se nawet operowo i po kambodżańsku, ale tekstu nie zmieniaj.

Fetysz Hipokryta Epizod 2.

Dostaję kurtkę z czyjejś kolekcji. Jest piękna, ale reszta kolekcji mega słaba. No i siedzę na pokazie w pierwszym rzędzie. I teraz co zrobić? Pisać po kumpelsku, że super czy zjebać? Napisałem tak, że wyszło na zero. Fetysz bez opinii. Nigdy więcej nie powtórzyłem tego błędu.

Fetysz Hipokryta Finał.

W zeszłym roku zadzwoniono do mnie z produkcji pewnego programu w TV. Z polecenia. Osoba pracująca w programie stwierdziła, że byłbym doskonałym dodatkiem do istniejącej już ekipy. I wtedy ja, zarzekający się, że o Boże, do telewizji to nigdy, natychmiast się przeobraziłem makijażem w coś w miarę strawnego i nagrałem taśmę na casting. Nie dostałem tej roboty, bo w końcu chyba nikogo nowego nie zatrudnili, ale dało mi to do myślenia. Po co nagrywałem, skoro bym nie wystąpił? Bo ja naprawdę nie nadaje się do telewizji i mam więcej kompleksów niż satelita kanałów. A czy gdybym jednak wystąpił to byłbym hipokrytą, czy może bohaterem, który przemógł swoje lęki? Bo żeby się pokazać w TV to trzeba mieć naprawdę jakieś nierdzewne jaja. Nie wiem, czy zniósłbym ogólnopolski hejt. Bo ja jestem miękki w te klocki i nie nadaje się do ogólnodostępnego showbizu. Lubię swoją piwnicę. Czasami się z niej wychyle i teraz już śmieję się w głos jak czytam komentarze na swój temat. Fetysz The Ninja Turtle. Obrosłem w pancerz. Ale rozważałem to. Dzięki Niebiosom, podjęli decyzję za mnie i nie zaprosili do współpracy mimo naprawdę wielce pochwalnych wiadomości. Prawie że psalmów. 

Czy my jako ludzie nie jesteśmy wszyscy po trochu hipokrytami?

Z jednej strony wymagania jak magiczne sztuczki Czarodziejki z Księżyca, z drugiej plugawi blokersi. Na portalach randkowych zawsze dziewica, ale jak idziesz na randkę i wejdzie Ci wódka to od razu ściągasz majtki, szybciej niż Harry Potter wypowiada zaklęcia. Sąsiad podjeżdża nowym BMW pod chatę, a Ty, Jezu stary, ale zajebiście, a za plecami – pewnie z przekrętu albo “dzwoń po chłopaków, stara, niech mu zaje$%!”.

Raz z przekrętu dostałem się na olimpiadę z angielskiego. Znałem wcześniej pytania. A w szkole katolickiej ponoć i nauczyciele, i uczniowie powinni być uczciwi.

Na koniec magiczna sztuczka roku. Jeśli starasz się o nowa prace albo o awans – nie opowiadaj o tym publicznie. Milczenie owiec, jeśli coś w życiu planujesz. Bo jeśli o tym opowiesz, to Ci się nie uda. Pod postem miliony lajków, ale za plecami: Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola moja, nie dawaj mu tego awansu, amen. I do łóżeczka, paciorek odmówiony.  

Tekst: Bartek Fetysz

Kiedy kobieta pisze, “zostałam wykorzystana” – mężczyzna – natychmiast, bez wyroku zostaje oskarżony. Gwałciciel. Zboczeniec. Koniec. Kropka. KO. Kiedy facet mówi, “zostałem wykorzystany” – zostaje obiektem kpin. Męska cipa. Bo przecież to faceci wykorzystują, to oni są zboczeńcami, alimenciarzami, playboyami, starymi knurami z obwisłymi fiutami.

Czytaj dalej “Bartek Fetysz: Zupa z faceta”

“Zamki na piasku” to siódmy utwór z wydanego w 1983 roku debiutanckiego albumu zespołu o tytule po prostu “Lady Pank”. Piosenka razem z “Wciąż bardziej obcy” ukazała się na trzecim singlu zespołu. Była niekwestionowanym hitem i dotarła do pierwszego miejsca listy przebojów Programu Trzeciego, gdzie utrzymała się przez sześć tygodni.

Czytaj dalej “Twoja Twarz Brzmi Znajomo: LADY PANK – ZAMKI NAPIASKU [VIDEO]”

#ihaveadream

Zawsze marzyłem, aby móc „mówić” muzyką.
Właśnie zrealizowaniem swoje marzenie. Posłuchaj jak mi wyszło.

Więcej