To że od roku porzuciłem Warszawę na rzecz podlaskich klimatów nie zmniejszyło mojej miłości do gadżetów. A jak jeszcze te gadżety pozwalają mi stawać się jeszcze bardziej #SlowLife i #LessWaste to, że tak pozwolę sobie na parafrazę:

„Shut up, and take my money”.

Jestem przekonany, że po tym poście znaczna część z Was pomyśli podobnie.

Jakiś czas temu napisała do mnie Asia z 4Swiss, że planują wprowadzić na polski rynek „domowy system filtrowania wody” i chcieliby abym go przetestował.

Jako, że jesteśmy obecnie w trakcie projektowania naszego domu pomyślałem: „w dobrym czasie się do mnie odezwali, bo jeszcze damy radę zaprojektować z architektem dodatkową przestrzeń na taki system. I mniej więcej w ten sposób odpisałem do w/w Asi.

Asia dość szybko odpisała: „Wiesz co, przeprojektowywanie Waszego domu nie będzie chyba konieczne. Zresztą daj mi chwilę, za kilka dni przyślę Ci prototyp urządzenia”

Przyszedł. W pudełku ok. 70x50x20. CENTYMETRÓW!

Nie będę może opisywał jak poczułem się otwierając przesyłkę, jednocześnie myśląc sobie, jak to błysnąłem swoim obeznaniem w temacie. Zupełnie ignorując fakt, że minimalizacja to myśl przewodnia nie tylko w modzie, ale właśnie głównie w dziedzinie sprzętów AGD.

Przechodząc do samego sprzętu: rozmiary niewielkie, działanie „z przytupem”. Ta mała „skrzyneczka” podłączona do zaworu w kuchni daje stały dostęp do bieżąco filtrowanej wody. Nie jak w tych dzbankach, gdzie woda stoi dniami, i czasami nie wiadomo czy to świeża, czy może sprzed kilku dni. Tym samym zwiększając prawdopodobieństwo wylewania wody do ścieków.

Tutaj nie ma żadnych strat w wodzie. Co, umówmy się, w obecnej sytuacji ekologicznej ma znaczenie.

Sam proces filtrowania jest dość prosty w swoim założeniu, ot 3 niezależne, wzajemnie uzupełniające się filtry dostarczające nam do szklanki czystą i mineralizowaną wodę. Zresztą poniższa grafika czytelnie pokazuje jak to wygląda od strony technicznej. 

Najważniejsza kwestia tego systemu filtracji to fakt, że on nie wyjaławia wody! Oczyszcza ją z wszelkich zanieczyszczeń oraz dodatkowo ją wzbogaca morskimi minerałami! 

 

Fanem kranówki nie jestem. Wiem, że są różne szkoły, i są grupy osób, które twierdzą, że woda z kranu nadaje się do picia bez żadnego ryzyka. Ja jednak do tej grupy ludzi nie należę. A w kontekście swoich dzieciaków tym bardziej nie wyobrażam sobie sytuacji serwowania im „dobrodziejstwa” płynącego z kranu.

Na potwierdzenie tej tezy polecam Wam poczytać o ołowiu, kwasie heksafluorokrzemowym, tetrachlorotereftalanie dimetylu czy trihalogenometanach.

Zanim dane mi było poznać domowy system filtrowania wody od marki 4Swiss wodę kupowaliśmy albo w plastikowych butelkach – dramat, wiem. Szczególnie, jak przeliczę ile plastiku produkowaliśmy takim podejściem. Zakładając, że tygodniowo kupowaliśmy ok. 6 butelek wody, to rocznie wytwarzaliśmy ponad 11 kg. plastiku. 

Zresztą TUTAJ macie kalkulator, który wyliczy Wam produkcję plastiku w Waszych domach!

Druga kwestia to ekonomia. Koszt 1,5 litowej butelki wody to ok. 2 zł. Wyprodukowanie litra wody w filtrze 4Swiss kosztuje Cię 7 gr. 

7 gr. vs. 2 zł.

Nie wiem na ile Was przekonują takie argumenty. Ja poczułem lekkie kłucie w boku, jak pisałem ten post i zobaczyłem swoją ignorancję w zachowaniu. 

Biję się w pierś! A i Was zapewne do uderzenia się w pierś tym postem przekonałem!

Materiał powstał w ramach działań z marką.

 

Ten post powstał w ramach działań z marką Philips TV & Sound.
Wiem, że na część z Was działa to jak płachta na byka, bo przecież „się Lamus sprzedał”, no ale
każdą współpracę staram się zawsze osadzić w realiach swojego świata. I jeżeli decyduję się na
jakieś działanie biznesowe, to zawsze chcę, aby było jak najwięcej wspólnych mianowników
pomiędzy mną, a produktem, który reklamuję.

Tak będzie i tym razem. Choć jakby ktoś z Was, 3 lata temu napisał mi, że wejdę w działanie z marką telewizorów, to bym
się tylko uśmiechnął.

O ile czasami zdarza mi się pojawić w TV, to samej telewizji nie uznaję, a co za tym idzie,
telewizor 10 lat temu przestał mi być do życia potrzebny.

No ale wtedy nie było Młodego, który dwa lata temu z impetem pojawił się w naszym życiu. I jak
wielu rzeczy musiałem się przy nim nauczyć, tak z wieloma rzeczami musiałem się także
przeprosić. A swój honor i idealizm schować do tylnej kieszeni spodni.

Już słyszę ten wrzask po drugiej stronie światłowodu:
„No proszę! Ojciec roku. Daje dziecku oglądać bajki! Co za patologia!”

No daję! Pepę to, mam wrażenie, że znam już na pamięć. Więc taki ze mnie ojciec na medal.

W ogóle temat postrzegania ojcostwa przed tym, jak pojawi się dziecko, i następnie weryfikacja
swoich poglądów w momencie, kiedy odór zawartości pieluchy zawadiacko smyra cię po
nozdrzach, dość mocno stawia do pionu.

Więc u nas bajek miało nie być, a są!

Cukier miał występować tylko w owocach, a niestety jak raz daliśmy Młodemu gorzkiej czekolady,
takiej 75%, to i tak wystarczyło, aby teraz musieć raz w tygodniu zrobić dyspensę na małą
tabliczkę.

Młody miał zasypiać i budzić się tylko w swoim łóżku. Obecnie doszliśmy do momentu, kiedy
owszem, zasypia u siebie, ale budzi się już w naszym. A ja, nie wiedzieć czemu, upodobałem sobie
spanie na podłodze lub kanapie w salonie. Moje lędźwie mniej.

Lecimy dalej. W czym jeszcze „dałem ciała”?

No przecież, dałbym sobie rękę uciąć, że Młody miał być cały czas z nami. Przecież oboje
pracujemy jako wolne zwody, więc jak można dziecko posyłać do Klubu dla Malucha, Przedszkola
czy Żłobka?

No więc można!

I jest to ogromna radość. Dla obu stron, na szczęście.

Poległem jeszcze w temacie własnej cierpliwości. Jak ta moja kruszyneczka kochana, puszek
miłości, pępuszek pełen radości i uśmiechu pojawił się na świecie, byłem wręcz przekonany, że o to
na ziemię zszedł mój mistrz cierpliwości. Przodownik stanu ZEN.

I tak, jak nikomu wcześniej nie udało się nauczyć mnie spokoju i okiełznania nerwów, to ten
Maluszek mój kochany, samym faktem pojawienia się na ziemskim padole uczynił mnie o jakieś
75% spokojniejszym.

No fakt, uczynił. Przez pierwsze 5 miesięcy. Potem zaczęła się jazda. I moje zderzenie, że nauki
cierpliwości powinno być u mnie więcej, niż mi się wydawało.

No i rozciąga mnie ten Mały Potworek, jak ojciec gumę w majtach.
Ilekroć wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze, to dzieje się akcja SPRAWDZAM i kolejny
egzamin ojca uwalony.

No to teraz myślisz sobie, gdzie w tym wszystkim ten mianownik do telewizora. Ano pojawił się
kilka tygodni temu, kiedy napisała do mnie Ola z Philipsa, że widzi, że nam się rodzina
powiększyła, więc może chcielibyśmy powiesić sobie na ścianie model OLED+934 z kinową
jakością obrazu, dźwiękiem zewnętrznym głośnikiem od Bowers & Wilkins (tak, ten legendarny
Bowers & Wilkins z dźwiękiem jak żyleta), 3-stronnym systemem Ambilight, który
sprawia, że obraz wydaje się większy, a akcja tak realistyczna, że masz ochotę chwycić Pepę za
raciczkę i towarzyszyć jej w przygodach.

Plus jeszcze, i takim fajnym bajerem jak sterowanie głosem.

Spojrzałem wtedy na tę swoją latorośl wędrującą wzorkiem za Pepą na ekranie 13 calowego
monitora laptopa i zrobiłem to, co każdy ojciec zrobiłby na moim miejscu!

„Synku, podnosimy jakość Twoich doznań! Od teraz będziesz oglądał Pepę na 65 calach.”

Młody nie skumał i nawet jakoś w tamtym momencie nie był żywo zainteresowany tematem
(czemu się nie dziwię, bo akurat Pepa skakała po kałużach).

No ale kiedy te 65 cali zawisło na naszej ścianie, ten błysk w oku Młodego kiedy przychodzi z pilotem i mówi: „Pepa,
Pepa tata”, jakoś napełnia mi twarz uśmiechem bez żadnego poczucia winy!

Nie powiem, od kiedy w domu jest nowy sprzęt to i sami częściej odpalamy sobie Netlifxa czy dobry koncert na YouTube, bo Ambilight i jakość dźwięku naprawdę robią robotę i trudno się oprzeć.

Ale o tym innym razem…

Ot, i tak właśnie zderza się to moje „ja” życzeniowe z „ja” rzeczywistym.

Czy jest mi z tym źle? Bynajmniej.

Wszak trzymając złoty środek, nie ma co dawać się zwariować.

***
A zainteresowanych telewizorem Philips OLED+934 i jego możliwościami odsyłam tutaj (klik).

We wcześniejszym wpisie [KLIK] parciany “automat” od Orient połączyłem z Gi w moro.

Tym razem zdecydowałem się go połączyć z kożuchem Dziadka mojej Viktorii, który ma prawie 35 lat (!). Swoją drogą, jestem pewien, że i kolejne 35 lat będę w stanie w nim chodzić.

Białe spodnie to dobry kontrapunkt dla brązu kożucha i zieleni zegarka. A wełniany sweter, jak to wełniany sweter. Zimą zawsze na propsie.




Post powstał w ramach działań z marką. 

Diabeł tkwi w szczegółach. Jak nic to powiedzenie idealnie sprawdza się w temacie tzw. “wykończeniówki”. Tej budowlanej. Choć i ja, na przestrzeni tego roku, bliski byłem wykończenia. Się. 

Najpierw fachowiec z “bożej łaski”, po którym trzeba było łatać dziury. Potem zmiany w projekcie, już samodzielne. W międzyczasie ścieżki z dojściem do domków. A i tak, na ten moment nie mogę napisać, że skończyliśmy. 

Jesteśmy jednak na dobrej drodze do tego, aby w perspektywie najbliższych 2 tygodni w pełni zakończyć projekt i tym samym ruszyć z #InToTeLas już oficjalnie.

Zanim jednak pokaże Wam całość tego projektu, dzisiaj kilka szczegółów, które “robią nam robotę”.

Wiadomym jest, że w tematach mieszkalnych IKEA (będąca partnerem tego postu – przyp. Menela) jest chyba najczęstszym kierunkiem szukania inspiracji i rozwiązań do praktycznie każdej przestrzeni.

Głównie ze względu na dostępność produktów, inspiracje i rozwiązania, a także właściwą korelację stosunku ceny do jakości.

Nie inaczej było u nas! Pisałem Wam o tym w TYM i TYM poście! Zobaczcie, jeżeli jeszcze ich nie czytaliście!

Fronty w kuchni, które pierwotnie miały być czarne, zdecydowaliśmy się wymienić na ciemną zieleń. W sumie wybraliśmy je przez przypadek. Będąc w jednym ze sklepów IKEA zauważyliśmy zmianę aranżacji jednej z kuchni, właśnie na bazie frontów BOBDYN. Zieleń tych frontów idealnie łączy się z samą ideą #InToTheLas. Dla przełamania intensywności tej zieleni wybraliśmy dębowy blat, który zamyka całość i “dociepla” kuchnie. Jest też wspólnym mianownikiem z lasami za oknem. Do tego czarne akcenty, które dbają aby było też i elegancko.

Ile ja się musiałem nasłuchać jak przyszedłem do domu z tą ciemno granatową zastawą stołową. “A że po co kolejny kolor?”, “że nie będzie pasować”, “że nie i koniec” …

Spokojnie odpowiedziałem: “Poczekaj Stara, zobaczysz, że będzie dobrze”.

Miałem rację. Było. W całości jest to dobry kontrapunkt do kolorystyki kuchni. A i moja Pani przyznała rację, że: “w sumie, to fajnie to wygląda!”

O pościel ze zdjęcia dostałem chyba najwięcej zapytań. W opakowaniu, przyznam, że nie do końca wierzyłem, że będzie to dobrze “grało”. Ale tym razem to ja musiałem zaufać Vice. Choć mnie ciągnęło w inne desenie. Kompromis w związku jednak popłaca i przyznaję, że ta szarość jest idealna. A i jakość bawełny fajnie smyra ciało.

Ciekawy jestem Twojego zdania – udało nam się stworzyć klimat spójny dla miejsca takiego jak #InToTheLas?

Od lutego będziemy już dostępni z ofertą! Więcej szczegółów – niebawem!

Materiał powstał w ramach działań z marką. 

Pytania o męskość Zamów
Pytania o męskość - okładki Pytania o męskość - okładki Pytania o męskość - okładki Zamów