Przyjaźń w czasach instant

#menelskiemysli

Kilka tygodni temu przemiła Pani z marketingu marki W. KRUK wysłała do mnie taką wiadomość:

„Cześć Menelu,
Wiemy o tym, że już niedługo Twoja rodzina się powiększy. Jeszcze bardziej cieszymy się, że będziesz miał syna – w końcu stylowych mężczyzn nigdy za wiele w naszym kraju!
Chcemy rzucić Tobie wyzwanie!

Jak pewnie wiesz, naszym hasłem w tym sezonie jest „PRZYJAŹŃ” – stworzyliśmy nawet specjalną kolekcję z tej okazji, której motywem przewodnim jest rozmaryn – będący symbolem przyjaźni, wierności i miłości!”.

Interesuje nas jak Ty definiujesz przyjaźń w swoim związku, a z racji tego, że za chwilę obchodzić będziemy Dzień Matki, skomplikujemy Tobie sprawę i zapytamy: „Czym dla Ciebie jest przyjaźń w kontekście zbliżającego się macierzyństwa Twojej Dziuby i Twojego ojcostwa, bo w końcu #MamyPrzyjazn”

Pomyślałem sobie „Bułka z masłem Droga Pani, zaraz naskrobie czym ta przyjaźń dla mnie jest”. Usiadłem do pisania. I co? Pusto!

No bo co? Pisać kolejny pseudo motywacyjny tekst o miłości i przyjaźni? Snuć bajeczkę na potrzeby Was odbiorców i klienta?

Przecież nie dlatego jesteście ze mną od tylu lat, żebym sypał Wam te tanie teksty jaki to świat jest kolorowy, a moja życiowa kraina jest mlekiem i miodem płynąca, a Wy patrzcie i się uczcie. No chyba jednak nie!

Żyjemy w czasach „instant”. Wszystko musi być tu i teraz.

Nie ma? Znaczy się: to nie to – trzeba szukać dalej.

Mniej więcej tak wyglądały próby budowania moich wcześniejszych relacji.

Karmiony tą egoistyczną papką, że moje „ja” jest kluczowe, także w materii relacji, za nic w świecie nie pozwalało mi zbudować trwałego związku.

I teraz tak sobie myślę: „weź stary buduj cokolwiek z drugą osobą jak non stop jest: ja, moje, dla mnie”. Celebrowanie własnego „ja” z roku, na rok przeszkadzało mi co raz bardziej, jednak cały czas polerka ego dawała taki błysk, że aż dziwie się, że jeszcze nie chodzę ślepy.

W końcu życie zakręciło mi się „w chińskie osiem” i strzeliło przysłowiowego „plaskacza” w twarz, żebym w końcu oprzytomniał.

Powiedzenie sobie samemu „Stary, jesteś egoistą” nie było może najprzyjemniejszą rzeczą na świecie. Ale w życiu jednak nie o same przyjemności chodzi – nawiążę do tego w dalszej części tekstu.

Pamiętam, że jak poznaliśmy się z Viktorią – to gdzieś podświadomie wiedziałem, że coś z tego będzie. No i było. Motylki na haju, uniesienia, dookoła wszędzie maj – choć w kalendarzu środek zimy. Wszystko wtedy do siebie pasuje, nic Cię nie irytuje – sielanka!

Później zaczynacie ze sobą mieszkać …

Przyznaję, że przez wiele lat wydawało mi się, że podstawą w związku jest dopasowanie się (we wszystkim), możliwie najszybciej! Problem polegał ta tym, że to druga strona miała dopasowywać się do mnie, ja już niekoniecznie.

To czego uczę się od blisko od 3 lat, to elastyczność w obie strony i podejście do partnerstwa w imię zasady, że nie tyle mamy po równo, co kiedy Ona słabnie – ja staram się być silniejszy, a kiedy ja podupadam życiowo, to Ona próbuje być mocniejsza.

Czy jest łatwo? Nie!

Czy gra jest warta świeczki? Jak najbardziej tak!

Bo o ile przyjaźń pomiędzy mną, a Viktorią jest trudną przyjaźnią. To jednak chęć budowania jej codziennie na nowo, trud z tym związany i efekty jakie zauważamy daje nam przeświadczenie tego, że idziemy w dobrą stronę.

Pomyślisz: „No kurde, masochista!. Kto by pomyślał aby w czasach „instant” podejmować trud budowania przyjaźni.” I właśnie ta myśl uderzyła mnie najbardziej, kiedy myślałem o tym tekście.

My po prostu „tyramy” przy naszej relacji. Dzień w dzień każde z nas uczy się stawiać własne „ja” za „ja” partnera. Iskrzy przy tym niemiłosiernie ale jak to mawiała moja babcia: „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą

Nie raz się nie chce, nie raz wkurzasz się człowieku tak, że myślisz „po co mi to” ale później przypominasz sobie, że życie to nie filtr na Instagramie i dobrze ucięty kadr zdjęcia.

Trud, złość, konieczność łamania własnego „ja” i bardzo często zwątpienie jest wpisane w egzystencję na tym ziemskim padole. To właśnie świadomość tych uczuć sprowadza mnie na ziemię i pozwala stać stabilnie na gruncie własnego podwórka.

Moment, w którym sobie to uzmysłowiłem był jedną z bardziej uwalniających rzeczy, bo pozwolił zacząć kosztować życie pełnym smakiem.

I tak też jest właśnie w naszej relacji. Każdy z nas wszedł w ten związek z odpowiednio porysowaną banią. Ja, po wielu zakrętach życiowych, typowy choleryk. Vika, będąca zupełnym przelciwstawieństwem mnie. Jednocześnie bardziej wierząca w to, że świat i ludzie są pełni dobra i miłości.

To zejście naszych dróg momentami zobrazować mógłbym tym uczuciem kiedy wsadzisz dwa palce do kontaktu.

I choć z roku na rok spięć pomiędzy nami co raz mniej, to jak oboje doszliśmy do wniosku, że te iskry, w połączeniu ze świadomością różnych smaków życia pozwalają nam budować naprawdę dobry fundament pod naszą przyszłość, jednocześnie nie okradając naszej teraźniejszości z poczucia spełnienia i świadomości, że jesteśmy dla siebie.

Za niecałe 3 miesiące nasza banda powiększy się o głównego członka klanu.

Młody, który planowo ma pojawić się 06.08.2018 niewątpliwie wywróci nasz świat do góry nogami. I choć jako facet, przyznaję – „nie spalam się” jeszcze w tym temacie tak bardzo, jak Vika (my faceci chyba zaczynamy to przeżywać jak już dziecko się wykluje), to jednak od momentu kiedy wiemy, że rodzina nam się powiększy wspólnie reorganizujemy swoje życie i siebie samych. Vika poszerza wiedzę na temat tego co się aktualnie dzieje w jej brzuchu i w którym levelu obecnie gra Młody. Ja przetrzepuję Internet doszkalając się z amortyzacji kół w wózku i szukając właściwiej chusty do noszenia Małego.

O dziwo, o ile w docieraniu się względem siebie bywało u nas ostro, o czym już wspomniałem, to ciąża w pewien sposób załagodziła naszą relację. W tej materii, póki co jesteśmy praktycznie we wszystkim zgodni. Obstawiamy, że bliżej nam będzie do hipsów niż chorych na punkcie dzieci rodziców.

Ciuchy dla młodego kupujemy w lumpie, wyprawkę ograniczamy do minimum – chcąc zaoszczędzić pieniądze na podróże jak tylko Mały będzie nadawał się na podróżowanie.

Sami też, jakoś nie zwolniliśmy tempa. Kilka tygodni temu, w 7 miesiącu ciąży Viki zrobiliśmy sobie trip po Islandii, śpiąc w camperze, jedząc jedzenie z puszki i myjąc się w zimnej wodzie 😉

Pomyślisz: „też mi wyczyn!” Też tak myślałem, a potem jednak doszło do mnie, że przecież to jest, kurde plus 10 kg wiszące na ciele kobiety. Kopie co chwilę, eksploatuje ze zwiększoną siłą kręgosłup, i zrozumiałem, że to nie taka bułka z masłem jak się mi wydawało. A tutaj proszę, 8 dni w samochodzie, w dość specyficznych warunkach, dużo chodzenia i cały czas uśmiech na twarzy.

No dobra, dwa razy go nie było. Pierwszy raz jak się pokłóciliśmy na temat prowadzenia samochodu, drugi, jak rum wszedł za mocno i powiedziałem, że nie wyjdę z gorącego źródła, bo jest mi ciepło i basta! A był środek nocy 😉

Pewnie mógłbym pisać jeszcze więcej o tym czym dla mnie jest przyjaźń i końca tej opowieści by nie było, więc zakończę to cytatem Szymborskiej:

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”

A w przyjaźni właśnie o to sprawdzenie siebie chodzi, bo dzięki drugiej osobie możemy stawać się lepsi. 

Dziuba, Dziękuję! 

Vika ma sobie biżuterię z kolekcji „PRZYJAŹŃ” marki W.KRUK

Na którą teraz macie do 20% zniżki – SPRAWDŹ!