#MenelstwoSięSzerzy – DOSŁOWNIE, czyli o zmianach priorytetów!

#menelskiemysli

Częstotliwość biegania po testy ciążowe generalnie równa jest cyklowi owulacji. U nas, raz na jakiś czas robiłem kurs na trasie: 
dom – apteka – dom. Zupełnie bezemocjonalnie kupując test za testem. 

Pomimo tego, że już jakiś czas temu podjęliśmy decyzję, że rezygnujemy z jakichkolwiek form zabezpieczeń i po prostu płyniemy z prądem, przyznaję, że gdzieś tam wewnątrz siebie już jakiś czas temu poczułem instynkt tego, że chce być ojcem. Jednak życie staram się brać tak jak mi jest podane, więc nie spinałem się za bardzo w tym temacie.
 
Ok, dobra tutaj mogę się Wam do czegoś przyznać. Jak już mijały miesiące i z każdym kolejnym testem okazywało się, że „przykro mi pudło” zacząłem zastanawiać się czy oby przypadkiem magazynek nie jest nabity ślepakami. 
 
Choć godziłem się z myślą, że nawet jeżeli tak jest to zawsze jest jakieś rozwiązanie. Fakt, było to trudne w strawieniu. Jednak, tak jak napisałem – życie staram się brać tak jak mi jest podane, szczególnie w tych aspektach na które sam nie mam wpływu. 
 
Wracając do tego kursowania na trasie dom – apteka – dom, nie inaczej było 8 tygodni temu. 
 
„Ej Stary, weź idź po test, bo chyba jestem w ciąży.”
No i stary poszedł. „Dzień dobry, poproszę to co zwykle, w różowym opakowaniu” 
 
Wróciłem. Sik, no i zdziwko. Dwie kreski. Ale przecież testy się mogą mylić, więc gaszę podjarę i cisnę po kolejny test. 
 
„Wie Pani co? Ja jeszcze to jedno różowe opakowanie poproszę. Albo najlepiej dwa” 
Wróciłem. Sik, no i jak byk – dwie kreski. 
 
„Weź się zsikaj jeszcze raz”. Zsikała się. Do trzech razy sztuka. Dwie kreski. 
 
Tutaj już męska duma wypełniła mą pierś, bo się okazało, że w wieku 32 lat nie strzelam ślepakami. 
 
I tak, jak nigdy mnie to nie interesowało, tak tym razem sprawdziłem w Google na ile prawdziwe są wyniki z tych aptecznych sprzętów od bociana. 
 
Wychodzi na to, że ich skuteczność wynosi od 95% w wzwyż. 
Uznałem jednak, że dopóki lekarz nie przyklepie tego tematu swoim autorytetem, traktujemy temat na chłodno. 
 
Badanie z krwi pozbyło nas wszelkich złudzeń. 5. tydzień jak nic. 
 
Pomimo tego, że od samego początku odstawienia antykoncepcji do tematu podchodziliśmy z ogromnym dystansem.
 
To weź się człowieku nie ciesz, jak się okazuje, że nowe życie, zmienia Twoje życie.  
Dość szybko jednak nasza radość obiła sobie tyłek, spadając z pułapu naszej emocjonalności na pułap realizmu. 
 
Ówczesna ginekolog stwierdziła, dość brutalnie, że zarodek ulokował się bardzo nisko, bo w 1/3 wysokości macicy. Gdziekolwiek to jest, niestety istnieje duża szansa na poronienie. 
 
Byliśmy tego świadomi, tym bardziej, że to nasza pierwsza ciąża, a z tego co się orientuje % poronień w takich przypadkach sięga nawet 20. Poza tym życie na wiecznym speedzie, w ukochanej Warszawie także raczej nie sprzyja donoszeniu ciąży. 
 
Będę z Wami szczery, pomimo tego, że przyjmowaliśmy taki scenariusz, to zachowanie tamtej ginekolog dało nam „po ryju” dość porządnie. Bo jak słyszysz zdanie: „Proszę żyć tak jakby tego nie było i wrócić za 2 tygodnie, wtedy zobaczymy co i jak” to przyznaję trudno było żyć „tak po prostu”.
 
Wróciliśmy wcześniej, bo za 3 dni ale do innego ginekologa. 
Tyle, że 3 dni były dość dziwne. Wiem o tym, że szukanie diagnozy w internecie ma to do siebie, że zwykłe przeziębienie diagnozowane jest tam jako choroba nowotworowa.
Poczytałem jednak trochę o nisko zagnieżdżonym zarodku i praktycznie wszędzie komenda była jasna „Leżeć, non stop leżeć” 
 
Pani Ginekolog, oczywiście o leżeniu nic nie wspomniała. Cóż więc począć. Jak na prawdziwego człowieka renesansu przystało, zabawiałem się w ginekologa i nakazałem leżeć swojej Dziubie. 
Jednocześnie szukając innego ginekologa, który albo potwierdzi wcześniejszą diagnozę albo przyjdzie z lepszymi nowinami. 
 
Życie trochę nam się wywróciło do góry nogami, bo jak część z Was wie, moja Viktoria działa razem ze mną przy blogu, a w obecnej sytuacji to współdziałanie musi być mocno ograniczone, i do tego koniecznie w formie leżącej.
 
Tak też się stało. 
 
Wiem, że teraz prowadzona jest dyskusja o tym co jest dzieckiem, a co jeszcze zarodkiem. I nawet pomimo naszego w miarę racjonalnego podejścia do sprawy, przyjmującego scenariusz poronienia, dość trudno było nam podejść do faktu, że tak się może zdarzyć.
 
O ile zostawiam wolność dla każdego w aspekcie nazewnictwa, to my traktowaliśmy to jako 5-tygodniowego brzdąca. A to znacząco utrudniało bezemocjonalne podejście do sprawy.
 
Więc nie będę ściemniał, że się bałem.  I pomimo tego, że znaleźliśmy kolejnego ginekologa, to te 3 dni pomiędzy wizytami były dla nas trudne. 
 
Na szczęście trafiliśmy na dr. Lewczuka, który już na pierwszej wizycie podszedł nader optymistycznie do tematu. Wykonał ponownie USG, które potwierdziło, że zarodek przesunął się we właściwe miejsce, wbrew informacjom jakie przekazała wcześniejsza Ginekolog, że zarodek się nie przemieści. Założył kartę ciąży i nakazał cieszyć się faktem, że będziemy rodzicami i niczym się nie przejmować!
 
Tym samym cieszę się, że mogę się z Wami podzielić tą radosną informacją, że za ponad 5 miesięcy będę szczęśliwym tatą! 
Chce Wam także wyjaśnić skąd taki post na moim blogu. 
 
O ile nie jestem za tym aby dziećmi wycierać swoje Social Media to z racji tego, że bardzo leży mi na sercu temat szeroko rozumianej męskości i ojcostwa, uznałem, że co jakiś czas napiszę Wam jak wygląda ciąża, poród i wychowanie dziecka oczami Menela.
A poza tym, jesteście częścią mojego życia – wiec czemu miałbym nie dzielić się z Wami takimi informacjami!