CI, KTÓRZY ZMIENIAJĄ OTOCZENIE: CZESŁAW LANG [WYWIAD]

#ciktorzyzmieniajaotoczenie

Do tej pory na blogu nie robiłem wywiadów, choć przyznaję, że takie pomysły kilkukrotnie pojawiały się w mojej menelskiej głowie. Z różnych przyczyn jednak nie wprowadzałem tej idei w życie. 

Jednak, kiedy kilka dni temu dostałem telefon z zapytaniem czy nie chciałbym spotkać się i porozmawiać z Czesławem Langiem pomyślałem: umawiaj spotkanie! 

Urodzony 17 maja 1955 r. w Kołczygłowach, wicemistrz olimpijski oraz dwukrotny medalista szosowych mistrzostw świata. Jest także organizatorem Tour de Pologne UCI World Tour, Tauron Tour de Pologne Amatorów, Vienna Life Lang Team – Maratony Rowerowe oraz Lang Team Race.

Od 2011 roku jest zapalonym weganinem, jednak nie przypisuje temu żadnej ideologi, a decyzja o rezygnacji z konsumpcji mięsa i produktów odzwierzęcych spowodowana była chorobą, jaka zaatakowała go kilka lat temu. 

Poza tym, co zapewne przeczytacie w naszej rozmowie jest idealnym przykładem „Tego, który zmienia otoczenie!” 

Osiągnął pan w swoim życiu wiele. Zastanawiam się, czy nadal wyznacza pan sobie nowe cele?

Oczywiście. Cały czas pojawiają się nowe cele i marzenia. Moim oczkiem w głowie jest „Tour de Pologne”. Wiem, że jest jeszcze sporo do zrobienia w tym temacie. Ciągle staram się podnosić poprzeczkę coraz wyżej, bo zależy mi na tym, żeby ten wyścig poziomem medialnym dorównywał chociażby „Tour de France”. Poza tym, mam w głowie wiele innych projektów związanych z kolarstwem. Prowadzę też swój Ekofolwark, uprawiam tam ziemię, wytwarzam ekologiczne produkty i chciałbym doprowadzić do tego, żeby były one sprzedawane pod moim szyldem.

 W życiu prywatnym też wyznacza pan sobie cele?

Z życia prywatnego staram się już teraz po prostu korzystać. (śmiech) Od szóstego roku życia pracowałem na roli, pomagając rodzicom prowadzić gospodarstwo. Miałem swoje obowiązki – zajmowałem się kurami, królikami i świniami. Razem z mamą pieliliśmy grządki, wykopywaliśmy ziemniaki.

Nienawidziłem tego! To moja trauma z dzieciństwa.

Moja też. (śmiech) Inni grali w piłkę albo jeździli nad jezioro, a ja ciężko pracowałem. Ale to nauczyło mnie ogromnej pokory. Później rozpocząłem karierę kolarską, więc też czasu dla siebie miałem mało. Gdy zakończyłem się zawodowo ścigać, musiałem odnaleźć się w nowych realiach. To trudne dla każdego sportowca. Znalazłem sobie zajęcie, które kocham. Cały czas się rozwijam i cały czas towarzyszy mi stres. Organizując „Tour de Pologne”, muszę pozyskać wielu sponsorów i partnerów. To ciągła walka. Będąc zawodnikiem, odpowiadałem sam za siebie, a teraz sukces zależy od mojej współpracy z innymi. Nie chcę odpuszczać, ale teraz, gdy zbliżam się do emerytury, staram się znaleźć jak najwięcej czasu dla siebie, żeby pocieszyć się tym życiem.

Co jest dla pana ważniejsze – osiągniecie celu czy przejście drogi, która do niego prowadzi?

Zdecydowanie przejście tej drogi, dążenie do celu. Pamiętam, że gdy zaczynałem swoją przygodę z kolarstwem, to miałem stary rower wyścigowy, który ciągle się psuł. Gdy kładłem się spać, wyobrażałem sobie, że będę jeździł na złotym Jaguarze, który był u nas w klubie. I powoli, krok po kroku, codziennie o tym myśląc, osiągnąłem ten cel. Potem marzyłem o tym, żeby być najlepszym zawodnikiem w klubie. Dużo trenowałem i to też udało mi się osiągnąć. Potem zostałem mistrzem powiatu, województwa, Polski, zdobyłem medal Mistrzostw Świata i medal olimpijski. Ścigając się na Zachodzie, zawsze zastanawiałem się, kiedy ci wszyscy kolarze przyjadą do Polski. Było mi przykro, że zawody odbywają się we Francji, Hiszpanii czy Włoszech, a u nas nie. To było wielkie wyzwanie, ale udało mi się doprowadzić do tego, że przyjeżdżają do naszego kraju najlepsi, a nasz narodowy wyścig „Tour de Pologne” postrzegany jest tak samo jak zagraniczne prestiżowe wyścigi.

Wychodzi pan z założenia, że marzenia powinno realizować za wszelką cenę, czy czasem lepiej odpuścić?

Jeśli człowiek dąży do celu za wszelką cenę, to może się szybko wypalić. Czasem lepiej odpuścić. Wierzę w przeznaczenie. Uważam, że nasza historia jest gdzieś tam zapisana i jeśli coś nam nie wychodzi, nie powinniśmy się upierać przy swoim. Warto przeczekać takie momenty, złapać oddech i spojrzeć na to z innej perspektywy. Wtedy wszystko się uda.

Zauważyłem w pana życiorysie dwa bardzo ważne punkty. Pierwszy z nich to Wyścig Pokoju, podczas którego miał pan poważny wypadek i po którym na nowo zaczął pan swoją karierę.

Po tym wypadku mnie przekreślono. Wszyscy uważali, że z Langa już nic nie będzie. A ja, po pół roku kurowania się, przygotowałem się do następnego sezonu i wygrałem wszystko, co było do wygrania – łącznie z medalem olimpijskim. (śmiech)

Drugi moment to pana choroba.

To prawda. Ona spowodowała, że pojechałem do Meksyku i tam przekonałem się na własnej skórze, że nie trzeba brać Bóg wie jakich leków, żeby się lepiej poczuć. Swoje życie można zmienić jedzeniem. Teraz staram się to przekazywać dalej.

A propos zmiany nawyków żywieniowych – kilka miesięcy temu, po obejrzeniu dokumentu „What the health”, zrobiłem sobie miesięczną przerwę od wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego, a szczerze przyznam, że lubię mięso.

Ja też lubiłem. Mało tego, jestem myśliwym. Ale gdy zobaczyłem, jakie korzyści wiążą się z niejedzeniem mięsa, stwierdziłem, że dla dobrego samopoczucia warto zmienić nawyki. Dzisiaj na obiad zjadłem kalafiora, który był tak przygotowany, że czułem się, jakbym jadł kawał dobrego mięsa. Przecież za smak odpowiadają głównie zioła i przyprawy. Gama posiłków, które można przygotować bez mięsa i nabiału jest naprawdę szeroka.

A jak z sytością takich posiłków?

Też na początku się nad tym zastanawiałem. Nie wierzyłem, że po zjedzeniu warzyw będę miał tyle siły, co po zjedzeniu mięsa. Pojechałem do Meksyku na trzy tygodnie, żeby oczyścić swój organizm i gdy wróciłem, wsiadłem na rower, jeździłem, jeździłem i nie mogłem się zmęczyć. Byłem zachwycony! Teraz robię po sto dwadzieścia kilometrów dziennie na rowerze, bawię się tym i mam siłę na wszystko.

Czyli najtrudniej przestawić coś w głowie?

W naszym organizmie bardzo ważną rolę odgrywają jelita. Flora bakteryjna, która w nich żyje, decyduje o tym, co chcemy zjeść i jak się czujemy. Wcale nie mózg. Jeśli przestawimy się na jedzenie zieleniny zamiast mięsa, to ta flora powoli zacznie się zmieniać. Będzie to trwało kilka tygodni, ale potem już nawet nie będziemy mieli ochoty na produkty odzwierzęce. Mnie już w ogóle nie ciągnie do mięsa. Wolę zjeść świeżego pomidora. Zmieniłem swój sposób odżywania po to, żeby wzmocnić mój układ immunologiczny. Zacząłem się tak odżywiać, żeby moje komórki jak najwięcej czerpały z tego, co jem. Bo czasem najemy się mięcha, przeleci to przez nasz organizm, umordujemy się, żeby to strawić, a niewiele z tego zostanie. A soki i warzywa są wchłaniane i powodują, że jesteśmy silniejsi.

Cała rodzina przeszła z panem na weganizm?

Rodzina, przyjaciele, znajomi. Moja żona skończyła dietetykę. Ona jest dobrym duchem tego wszystkiego, ona prowadzi u nas turnusy oczyszczania organizmu. To wszystko naprawdę działa! W każdym z nas są komórki nowotworowe i jak mamy silne wojsko, które je szybko powybija, to będziemy zdrowi. A jeśli nasz układ immunologiczny będzie słaby, to one będą się odkładać, odkładać, aż w którymś momencie nas wykończoną. Tłumaczę to oczywiście w największym skrócie. Profesor Veronesi, były włoski minister zdrowia, przez całą swoją karierę zajmował się nowotworem mózgu i powiedział kiedyś, że raka nie leczy się przy stole w sali operacyjnej, tylko tym, co jemy. Mam te słowa cały czas w pamięci.

Widzę w tym wszystkim, czym się pan zajmuje, ogromną determinację. Tego można się nauczyć, czy trzeba się z tym urodzić?

Myślę, że ja się z tym urodziłem. Każdy sporowiec musi być zdeterminowany. Pamiętam, jak wielokrotnie musiałem jeździć w krótkich spodenkach przez wiele godzin, a na dworze było zimno i padał śnieg. Pamiętam też momenty, kiedy po czternastu etapach „Tour de France” nie miałem już ochoty patrzeć na rower, a miałem jeszcze trzysta kilometrów do przejechania. Cały czas musiałem walczyć sam ze sobą.

Często słyszę, że żyjemy w czasach kryzysu męskości. Podziela pan tę opinię?

Trochę tak. Mężczyźni zaczynają się wycofywać i ustępować miejsca paniom. Kobiety są bardzo pracowite, idą jak burza do przodu i chcą wiele osiągnąć. One dążą do sukcesu, a panowie postawili na wygodę.

Czym dla pana jest męskość?

To umiejętność wzięcia na siebie odpowiedzialności za żonę, za rodzinę. To również bycie szefem. Jeśli oddasz szefostwo kobiecie, to ona na początku się ucieszy, a potem zacznie zastanawiać się, jaki z ciebie facet i przestanie cię cenić. (śmiech) Bo one niby chcą dowodzić, ale tak naprawdę zależy im na tym, żeby mieć w domu macho. A gdy przestaniemy być facetami, zaczną nas lekceważyć i spychać.

Na ile istotny jest dla pana wygląd?

Nie jakoś przesadnie, ale istotny. Wolę być szczupły, niż gruby i zapuszczony. Chciałbym cały czas być sprawny i mieć wysportowane ciało. Twarz niech będzie taka, jaka jest. Nie będę przecież robił sobie liftingów. (śmiech)

Przejrzałem sobie pana zdjęcia i często zakłada pan dobrze skrojone marynarki, płaszcze. Ten styl to pana zasługa?

Żona mi oczywiście pomaga, ale ja mieszkałem piętnaście lat we Włoszech, więc nabyłem tam trochę tego stylu.

Są mężczyźni, którymi się pan inspirował?

Na pewno. Gdy byłem dzieckiem, bardzo imponował mi Ryszard Szurkowski. Był moim pierwszym idolem, którego podziwiałem. Potem sam zacząłem się z nim ścigać. Gdy rozpoczynałem swoją zawodową karierę, wzorem stał się dla mnie Eddy Merckx.

Wydaje mi się, że w życiu sportowca kluczową rolę odgrywa strategia działania. Czy to, czym zajmuje się pan teraz, to też efekt obranej strategii, czy raczej kwestia tego, że tak, a nie inaczej potoczyło się pana życie?

Tak, jak mówiłem, wierzę w przeznaczenie. Urodziłem się w Kołczygłowach, potem mieszkałem w Warszawie, potem w Italii, potem znowu w Warszawie i koniec końców, nie wiedzieć dlaczego, wróciłem do Kołczygłów. Kupiłem dom, w którym się urodziłem, wyremontowałem go i na nowo w nim zamieszkałem. W ogóle tego nie planowałem. Tym bardziej, że mam dom na jeziorem Lago di Garda. Liczyłem, że to właśnie tam będę żył. Dostawałem nawet dobre propozycje pracy na menadżerskich stanowiskach we Włoszech. Ale jednak ciągnęło mnie do Polski. Chciałem coś zrobić dla mojego kraju i mojej dyscypliny sportu. Uważam, że to przeczenie.

 Mam podobne doświadczenia. Od zawsze byłem wielkomiejski, marzyłem o życiu w Nowym Jorku, a teraz zastanawiam się z moją żoną, czy nie wrócić na wieś na ziemię ojczystą mojego taty. Gdyby ktoś powiedział mi to kilka lat temu, nie uwierzyłbym.

Ja też! (śmiech) Jak przypomnę sobie, jak cierpiałem, kiedy musiałem wykopywać kartofle podczas upałów, to aż słabo mi się robi. Nigdy nie myślałem, że wrócę na rolę. A teraz mam swoje gospodarstwo i zwierzęta. Co roku sadzę trzysta drzewek różnego rodzaju. Naprawiam stare stodoły. Naprawdę mnie to cieszy! Daje mi to więcej radości niż kupienie nowej fury.

Chyba pokora uczy człowieka, żeby radował się z takich rzeczy?

Na pewno. Raduję się każdą chwilą życia, bo wiem jakie jest ono krótkie i kruche. Uprawiając kolarstwo, musiałem liczyć się z tym, że w każdej chwili może mi się coś stać. Za moich czasów jeździliśmy bez kasków, na słabym sprzęcie, drogi też nie były dobre. Różnie bywało. W czasie mojej kariery sportowej na rowerze zginęło co najmniej pięciu kolarzy. Wiedziałem, że mnie też może to spotkać. Nauczyło mnie to pokory i tego, żeby cieszyć się każdym momentem.

Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach pokora nie jest zbyt popularna.

Dzisiejszy świat zwariował. Jesteśmy tak zakręceni wynalazkami, że zapominamy o tym, co ważne. Czas biegnie nieubłaganie. Wstajemy, ledwie umyjemy zęby, a już mijają dwie godziny.

Niedawno byłem z bratem na Mazurach u rodziców. Spędziliśmy tam kilka dni i po powrocie rozmawialiśmy o tym, że w Warszawie obudzisz się i nawet się nie obejrzysz, a już jest siedemnasta, a w Gołdapi czas się poniekąd wlecze ale jednocześnie można celebrować każdą chwilę.

I trzeba łapać takie momenty! Nie ma niczego piękniejszego!

zdjęcia: Mat Pawelski